Strona główna Sport i rekreacja Trzemesznianie na trasie selekcji brytyjskiego SAS-u!

Trzemesznianie na trasie selekcji brytyjskiego SAS-u!

4645
11

Dwóch członków grupy „Włóczykije – Tropiciele Trzemeszno” – Michał Świątek i Marcin Szablewski – wzięło udział w morderczym marszu Fan Dance 2020 w Walii, po trasie znanej z selekcji do brytyjskich sił specjalnych SAS.

Co więcej, nasi reprezentanci zdobyli pierwsze miejsce w kategorii drużynowej!

W ponad 24 godziny pokonali górską trasę, liczącą ponad 70 kilometrów. Zostali pierwszą Polską drużyną, która wygrała klasyfikacje grupową w historii tego wydarzenia.

Oprócz trzemesznian, w zespole Helikon Tex Adventure Team Poland znalazły się jeszcze dwie osoby, a ich wsparcie stanowili rodacy mieszkający obecnie na Wyspach.

Zachar”, Michał, Maciek i „Sim” do wyjazdu przygotowywali się od października. Zapraszamy do przeczytania ich relacji!

Kompletowanie sprzętu trwało praktycznie do ostatnich dni. W tym czasie nikt nie próżnował… szczególnie liderzy wyprawy. Wystarczy tutaj wspomnieć o człowieku, który z plecakiem 20 kg potrafił zrobić na jednym treningu 6 km. Nic szczególnego i nic wielkiego, gdyby nie fakt, że pokonał te 6 kilometrów wchodząc tylko i wyłącznie na drugie piętro…

Morale patch

Jadąc jako drużyna chcieliśmy mieć coś wspólnego. Wybór był oczywisty tzw. morale patch. Wspólnie obgadaliśmy temat i powstała naszywka, którą można zobaczyć na jednym ze zdjęć. Na początku opinie były podzielone… szczególnie odnośnie jej dolnej części, na której była ukazana Drabina Jakuba (Jacob’s Ladder). Nie wszyscy rozumieli dlaczego to musi być. Zrozumieli po pierwszym wejściu… „A history of punishment” – pracując nad naszą naszywką znalazłem taki tekst o Drabinie Jakuba… czas pokazał, że nie był on przesadzony.

W podróż wyruszyliśmy 17 stycznia tego roku, z różnych lotnisk, o różnych porach. Ekipa z Wysp pakowała nas w samochody… czasami w bólach, bo szpeju było za dużo, więc jechaliśmy solidnie upakowani… Ten kto siedział obok kierowcy miał gorący fotel. Angole robią wszystko na opak, więc przejazd przez ronda czy inne skrzyżowania potrafił podnieść ciśnienie. Dobrze, że lokalsi prowadzili – niektórzy posiwieli w trakcie podróży, ale dojechaliśmy cali i zdrowi. Wieczorem zarejestrowaliśmy się i odebraliśmy pakiety startowe – numer, tasiemkę na rękę, mapę (na wszelki wypadek) i żółty kawałek szmaty na plecak. Ubogi ten pakiet… ale nie po pakiet przyjechaliśmy.

Czas na pierwszy start

Następnego dnia stanęliśmy na starcie – impreza miała zacząć się o 07:30, ale emerytowani SASowcy się nie spieszyli… jedna odprawa, druga odprawa i ostatecznie ruszyliśmy przed 09:00. Trasa zaczęła się od morderczych podejść, po trzech kilometrach byliśmy szczycie Pen y Fan. Odczuwalna temperatura oscylowała w graniach -6 stopni. Niemniej podejście sprawiało, że nikt zimna nie czuł. Potem było zejście po okrytej złą sławą Drabinie Jakuba… rano leżał śnieg, a na kamieniach lód, więc trzeba było uważać. Po zejściu z Pen Y Fan było 8 km błotnistej drogi z kamieniami, można było biec, ale kroki trzeba było stawiać uważnie… nie jeden z uczestników leżał na trasie.

To był ten miły kawałek… 8 km bez wspinaczki, wręcz przeciwnie, zbiegało się z górki. Następnie ostatni punkt kontrolny na trasie, kto się nie zmieścił w trzech godzinach kończył swój bieg. „Szczęśliwcy” którzy dobrnęli do tego punktu kontrolnego poniżej trzech godzin, robili w tył zwrot i… Na horyzoncie mogli podziwiać Pen y Fan. Tutaj właśnie zaczynał się prawdziwy test odporności psychicznej. Wędrówka pod górę… w błocie, lawirując pomiędzy kamieniami – to już nie był miły zbieg, to był bardzo długi podbieg. Patrząc na Pen Y Fan każdy mógł sobie uświadomić dlaczego Fan Dance jest tak ważnym elementem selekcji.

Podejście pod Pen y Fan, to był sprawdzian determinacji – niesamowicie długi, w miarę łagodny podbieg, nagle zamieniał się w strome podejście. Po około 15 km trasy ludzie czuli już trud tej imprezy… Drabina Jakuba wysysała resztkę sił… a zamiast Fan na usta cisnęło się Hell. Tutaj już nikt się nie uśmiechał, każdy cierpiał. Jednak maksymalny wysiłek nie wpływał na jedną rzecz – „nigdy nie zostawiamy swoich”… wielu uczestników było na tym etapie gotowych pomóc współtowarzyszom imprezy, zupełnie obcym ludziom… to była ta magia Fan Dance. Prawdziwa, niczym nie wymuszona chęć pomocy – poczucie przynależności do czegoś większego. Po wejściu na Pen Y Fan można było napawać się przepięknym widokiem lub spojrzeć w dół Drabiny… na tych nieszczęśników, którzy mieli mozolną wspinaczkę jeszcze przed sobą.

Wejście na Pen Y Fan dodawało sił – ostatnie 2-3 km trasy nie były już wyzwaniem. Helikon Tex Adventure Team Poland zajął pierwsze miejsce jako drużyna. Jak się okazało był to dobry znak przed kolejnymi startami.

Nie było wielkiego świętowania. Szybki powrót do domu, posiłek… i po 21:00 kolejny bieg. Spóźniliśmy się na odprawę. Organizator stwierdził z przekąsem, że chociaż szybko biegamy… wciąż był pod wrażeniem tego, co zobaczył rano.

Noc w górach

Noc w górach nie rozpieszczała – trasa była oblodzona i mocno wiało. Wystarczy powiedzieć, że punktach kontrolnych organizatorzy siedzieli w namiotach. Na tym etapie zmęczenie dało o sobie znać. Noc, niska temperatura, mocny wiatr i ciężka trasa… Znowu pierwsze miejsce padło łupem naszej drużyny.

Ostatni start w niedzielę nie miał już nic wspólnego z wyzwaniem. Z 9 osób tylko 4 stanęły trzeci raz z rzędu do walki z plecakiem ważącym 20 kg. Do tej pory nie wymieniłem nikogo z tych naszych 4 szczurów tunelowych – Zachara nikomu przedstawiać nie trzeba… kto startuje w biegach wojskowych, ten zna Świątasa… Trzeci w drużynie, to był góral – Świątas sam jeden wie, gdzie go poznał… Nie mniej to była to impreza organizowana przez byłych SASowców… jest taka stara zasada – łańcuch jest tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo. Czwarty z nich – ze względu na wiek i wyczyn jakiego dokonał… niech będzie T-Rex… wziął buty, których nie „sklepał”. Po marszu w sobotnią noc miał zdartą skórę na piętach do żywego mięsa. Oplastrował je i stanął na linii startu do trzeciego marszu w niedzielę rano.

Nerwowe oczekiwanie

Pozostała trójka zrobiła swoje – wpadli na metę trzeciego biegu i zespół wciąż miał szansę na pierwsze miejsce. Było nerwowe wyczekiwanie co dalej – drugi zespół też czekał na ostatniego zawodnika. W końcu na horyzoncie pojawił się T-Rex… doczłapał się do mety – nigdy nie widziałem u nikogo takiej radości na twarzy, że coś się skończyło. To był bohater dnia – zapewnił drużynie trzecie pudło. Pierwszy raz w historii tej imprezy jedna drużyna wygrała wszystkie trzy biegi. Nogi pewnie wyglądały jak tłuczone mięso, ale jak coś chce się osiągnąć, to zawsze jest cena, którą trzeba za to zapłacić.

Z pewnością jest jeszcze wiele historii do opowiedzenia z naszego wyjazdu, ale one są już często prywatne. Może sami zainteresowani podzielą się swoimi wrażeniami… a póki co niech pozostaną cichymi bohaterami, ci którzy wiedzą czym jest wysiłek fizyczny z pewnością docenią chłopaków za to, że w niespełna 30 godzin przemierzyli z plecakami około 70 km po trasie będącej jednym z najtrudniejszych etapów selekcji do brytyjskich wojsk specjalnych.

Więcej relacji i zdjęć z Fan Dance 2020 możecie znaleźć na profilach Fan Dance Poland 2020 w mediach społecznościowych.

Facebook Fan Dance Poland 2020

Relacja z biegu 1

Relacja z biegu 2

Polska Zbrojna o wyczynie Helikon Tex Adventure Team Poland

11 KOMENTARZE

  1. Ale Wam zazdroszczę,że mogliście się tak kolejny raz spradzić!!Ja nie mam takiego samozaparcia!! Prawdziwi faceci -z krwi i z kości czyli faceci z j…mi.A teraz takich brakuje!Wiekie gratulacje!!

  2. Może Burmistrz i Rada Miejska nagrodzi naszych Trzemesznian. Tak chętnie nagradzaj filmowców na poziomie wojewódzki, czy tancerzy a tu chłopaki dali z siebie dużo więcej i zapisali się w historii jako pierwsza druzna która zdobyła trzy miejsca i co ?
    E tam! nic takiego, bo nie graj w piłkę 😂

    • O to to! To jest świetny pomysł! Popieram całym sercem i podatkami 😀 Może potrzeba jakiegoś sprzętu albo wsparcia finansowego w innych wyprawach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here