Strona główna Kultura Ile prawdy w „Czołgach i kosach”?

Ile prawdy w „Czołgach i kosach”?

2854
10

Dziś chcemy wrócić do wydarzenia, którym żyło Trzemeszno przed ponad 50 laty, obecnie prawie zupełnie zapomnianego. W 1969 ukazała się pierwsza powieść oparta na historii naszego miasta.

Były to „Czołgi i kosy”. Autorem książki był Feliks Zygmunt Weremiej, wydawcą Nasza Księgarnia. Nakład wyniósł 10.000 egzemplarzy. Fabuła nawiązywała do obrony Trzemeszna we wrześniu 1939 roku.

Czy na jej podstawie można wywnioskować jak wyglądały ówczesne wydarzenia? Częściową odpowiedź znajdziemy na końcu książki, w tekście „Od autora”. Jak napisał F. Weremiej, „Opowieść ta miejscami świadomie odbiega w szczegółach od ścisłości historycznej w ukazywaniu wypadków rozgrywających się w Trzemesznie we wrześniu 1939 roku. Nie wszystkie postacie są prawdziwe i nie wszystkie noszą prawdziwe nazwiska. Bo też nie o kronikarską ścisłość w niej chodziło, lecz o ogólny obraz tych wypadków i ogólną atmosferę w jakich się rozegrały. Odtworzenie wiernego obrazu wrześniowego zrywu trzemeszeńskich kosynierów i harcerzy czeka na badaczy najnowszych dziejów Polski”.

Czytając książkę można zauważyć, że opowieść ta znacząco odbiega od faktów. Autor opisując starcie obrońców Trzemeszna z Niemcami pod Niewolnem zawarł w nim udział kosynierów.

„Rozległa się komenda Marchlewicza: Kosy do boju! Tnij! Kłuj! Zabij! Za mną wiara! Hur-ra zerwało się dookoła. […] Runęli jakby ciśnięci z katapulty. Biegli pochyleni śmigając kosami nad karkami strzelców, przeskoczyli rów, przesadzili w pędzie nierówności terenu nie słysząc strzałów i nie bacząc na świst pocisków, rwali naprzód, pędzili na oślep. Byle prędzej, byle bliżej Niemców” – napisano w opisie potyczki.

Na ile, choćby częściowo, miało to związek z prawdziwymi wydarzeniami? Żadne źródło historyczne nie podaje takich faktów. Skąd w takim razie wziął się pomysł na kosynierów?

W latach 50-tych XX w. relacje świadków tamtych wydarzeń zbierał Instytut Zachodni w Poznaniu. O tym, że w Trzemesznie kuto kosy na sztorc opowiedział m.in. Józef Lubiński. Świadek oświadczył, że działo się to w warsztacie jego ojca. Zaznaczył przy tym, iż zna to z relacji matki, gdyż sam w tym czasie służył w Wojsku Polskim (jego ojciec Ignacy Lubiński został rozstrzelany przez Niemców w 1939 r).

Wzmianka o tym znajduje się także w korespondencji z 1959 r.  Prezydium Miejskiej Rady Narodowej adresowanej do Instytutu Zachodniego. Napisano tam, że „z braku broni palnej przygotowywano do obrony w warsztacie śp. Lubińskiego kosy i projektowano stworzyć oddział kosynierów”.

Jak widać, taka ewentualność brana była pod uwagę, nigdy jednak do tego nie doszło. Jak więc traktować powieść „Czołgi i kosy” ? Zapytaliśmy o to dr. Andrzeja Leśniewskiego, autora m.in. opracowania „II wojna światowa w Trzemesznie”.

„Książka Weremieja – to beletrystyka. Oparta na kilku epizodach prawdziwych i spuściźnie Kosynierów, jednak fikcja literacka. Tak winniśmy ją odbierać. Gdy ukazała się w 1969 roku – wypełniła lukę czytelniczą o Trzemesznie. Niestety z braku opracowań źródłowych fikcję przyjmowano wprost. Później prof. Czesław Łuczak podjął próby przekazania wiedzy historycznej rozdziałami wydawanych drukiem prac zbiorowych. Teraz sięgamy do szeroko opisującej wydarzenia września 1939 roku książki „II wojna światowa w Trzemesznie. Tom I”. Czy wracać do prozy fabularnej sprzed lat? Patrząc przez pryzmat dostępnej nam wiedzy, dlaczego nie. Rozkoszujmy się zgrabnie przedstawioną legendą o kosach przeciwstawianych Niemcom” – napisał w odpowiedzi A. Leśniewski.

Warto zauważyć, że dopiero pól wieku później ukazała się kolejna powieść, której fabuła osadzona jest w historii naszego miasta. To „Cień Zegara słonecznego” Jolanty Pietz. Po niej ukazała się jeszcze powieść „Światłoczuli”, tej samej autorki.

„Czołgi i kosy” są dostępne w trzemeszeńskiej bibliotece.

10 KOMENTARZE

  1. Zmyślona historia o kosynierach ośmiesza obrońców Trzemeszna. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wysłałby ludzi z kosami pod lufy karabinów. To jeden z przykładów polskiego sposobu przedstawiania historii. Heroizm na pierwszym miejscu. Rozsądek na dalszym.

    • Nikt przy zdrowych zmysłach nie wysłałby ludzi z kosami pod lufy karabinów Teoretycznie to co napisałeś miałoby sens Ale niestety historia zna tego typu przypadki Pewien indianin Ameryki Północnej z plemienia Lakota zwany Czerwona Chmura który zjednoczył kiedyś zwaśnione plemiona za pomocą łuków, strzał , noży i toporków dawał taki wycisk Jankeskim najeźdźcom wyposażonych w karabiny i pistolety że tamtejsze USA musiało przyznać się do porażki i zawrzeć traktat pokojowy schylając głowę przed tak zwanymi przez nich dzikusami Także wychodzi na to że i kosami możnaby zdziałać cuda A książki tej nie czytałem i w sumie nawet nie wiem czy jest w niej zawarta prawda czy wymysły autora Szkoda że nie ma książki która w sposób łatwy i przyjemny przedstawiałaby jak to walczyli Nasi na ziemi Trzemeszenskiej Co prawda jest jeden pan który coś tam napisał w temacie historycznym o Trzemesznie ale niestety tego pana książka jest napisana bardzo sztywnym językiem Poprostu ciężko by się ją czytało Ja po kilku stronach odpuściłem sobie resztę A wracając do tematu Świetnie wyszkolonych żołnierz to i ołówkiem potrafi zabić Myślę że ci ludzie z kosami raczej nie szli bezpośrednio pod lufy karabinów Raczej stosowali technikę – zabij z ukrycia Tak mi się wydaje To też są moje domysły które nie mają odzwierciedla w tym co tam się wydarzyło

  2. Czytając tę książkę 50 lat temu byliśmy dumni z bohaterskich obrońców Trzemeszna. I myślę, że niezależnie od przedstawienia całej sytuacji w książce, należy im się cześć i chwała. A kosy? No cóż, to romantyczna natura Polaków – ” mierz siły na zamiary”. Pamiętam jednak, że jak byłem dzieckiem to mówiono o kosynierach z 39 roku.

  3. Książka pokazuje ogólny obraz i klimat tragicznego września 1939 a nie jest dokumentem historycznym. Ważne, że bohaterscy obrońcy Trzemeszna zostali w niej pokazani i nie ważne jest czym walczyli.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj